Na wstępie- przepraszam, że tak długo nie pisałam, ale po prostu mi się nie chciało. Moda mi się znudziła, własne ubrania mi się znudziły i nie chciało mi się prosić, żeby ktoś zrobił mi zdjęcia. A do tego wokół tyle ludzi ubiera się miliard razy lepiej ode mnie! Ale co tu gadać długo i głupio- zatęskniło mi się i już! No to wracam- w pełni akceptując fakt, że często ubieram się byle jak (i nie mówię tu o iście gwiazdorskiej nonszalancji w ubiorze), że na modzie znam się równie dobrze jak na fizyce kwantowej i że może być tak, że zdjęć nie będzie. Aha, chciałam tylko przeprosić, że tak nie zapowiedziałam zniknięcia, w sumie to niekulturalne tak odchodzić bez powiedzenia „do widzenia”. Z tym oto optymistycznym akcentem hej ho blogować dalej by się szło.
A tymczasem dużo się pozmieniało- po pierwsze- nagłóweczek nowy sobie stworzyłam. Pomysł nie do końca mój, ale nie pamiętam czyj, a się podoba. Rzecz nie była łatwa- ubrania co chwilę rozrzucała moja cudna kotka Frida.
Do tego zmieniłam kolor włosów- pierwszy raz w życiu (nie licząc ekscesów z niebieskimi pasemkami robionych moczoną bibułą w okolicach pierwszej klasy podstawówki ;) ). Złośliwi twierdzą, że kolor jest żółty. Ja uważam, że stałam się złotowłosa (tej wersji się trzymamy) i jestem bardzo zadowolona.
Miasto się zmieniło. Kraków, prawda. Ściśle przestrzegam diety obwarzankowej- co najmniej trzy tygodniowo (trzy to wersja zwana „koniec miesiąca”). Czasem przypominam sobie, że to fajne miejsce dla turystów i na przykład można iść zrobić sobie zdjęcia na Kopiec Kościuszki.
Co więcej, mieszkam sobie sobie z trzema uroczymi dziewczętami, co powiększa szafę o trzy kolejne kolekcje ubrań. Panuje u nas handel wymienny- "daj mi talerz zupy, a ja dam ci bułkę", albo jak w przypadku tejże uroczej kurteczki "dam ci ją, ale za jakieś dwa sweterki". Takie prywatne swapy, niezła sprawa. Nazywana jest przeze mnie "kurtką z dywanu", słyszałam też, że przypomina kanapę, czy zasłonę (wersja ekskluzywna to „gobelinowa kurteczka vintage”). Rozpoczyna ona trend mieszkaniowy- wystąpi jeszcze "pelerynka z koca" i "bluzka z firanki"!
A oto buty, w których twardo trenuje biegi przez Błonia. Proszę mnie nie podejrzewać o to, że dołączyłam do grona zapaleńców sprintujących w deszczu i robiących sobie przerwy tylko na to, żeby machnąć z 50 pompek (widziałam na własne oczy!), ja tylko notorycznie spóźniam się na zajęcia. Ale jeśli kiedyś zostanie stworzona dyscyplina sportowa pt "500 metrów w obcasach co najmniej 10 centymetrowych" to medal mam w kieszeni.




kurtka- od Natalki <3, z komisu odzieżowego
spodenki, buty- H&M
torebka listonosza- od Mamidła, vintage (a co!)
rajtki- Calzedonia